piątek, 4 lipca 2014

O ćwiczeniach jakże złych...


Ćwiczę z przerwami od 2013 roku. Zaczęłam skalpel Ewy, na tym skończyłam bo Pani Astma nie lubi turbo spalania. Czasem codziennie, czasem miałam 2 tyg przerwy. Pierwsze wspólne razy okraszone były płaczem, złością, niemocą, słabością. Wiele razy wyłączałam program i szłam płakać pod prysznicem- to pewnie ta pszenica:).
Teraz staram się ćwiczyć minimum co 2 dni. Bardzo spodobały mi się ćwiczenia na piłce ze strony: http://www.hellozdrowie.pl/ruch/cwiczenia-na-pilce ale wiem że jest ich znacznie więcej, dla których rzuciłam Ewcię. Ćwicząc z własnym ciężarem ciała zaczęły mi wychodzić mięśnie skrywane w czeluściach tłuszczu.
Zaczynając ćwiczyć nie byłam bardzo gruba, byłam miękka. Mój mąż nazywał to : Fluffy. Pupę i piersi miałam tak wiszące od diet że mogłam portfel na zakupy schować. Ćwiczyłam dla pupy! Okazało się że zrobił mi się całkiem przyzwoity brzuch, nogi wyszły na tym nieźle Pupą jeszcze się nie chwalę  bo przez ten nieszczęsny staw biodrowy, rośnie mi jeden pośladek troszkę intensywniej:D Skóra się napięła tak że czasem sama łapię się na macaniu siebie:) Cellulit miałam straszny (pokażę innym razem), widocznie jednak się na mnie obraził i poszedł do innej:)

W razie pytań zapraszam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz